Godzina do ciemności Marek leżał pod mokrym bukiem, a prawa stopa była skręcona pod dziwnym kątem. Ul, który niósł, stał dwa metry wyżej. Pszczoły krążyły nad otwartą ramką i wpadały mu pod siatkę. Telefon pokazywał brak zasięgu. Do leśnej drogi były trzy kilometry, a za godzinę miało być ciemno. — Najpierw noga — powiedział Marek. — Potem woda, ogień i dach. Zdjął pas z kurtki i dotknął kostki. Ból przeszedł aż do brzucha. Nie próbował wstawać. Wyjął nóż, odciął dwa proste kije i położył je po bokach nogi. Między skórę a drewno wsunął rękawice. Pas i sznur od kapelusza trzymały kije mocno. — Palce są ciepłe. Dobrze. Ruszają się. Jeszcze lepiej. Gdy usiadł, świat na chwilę zrobił się szary. Marek policzył dziesięć oddechów. Miał pół butelki wody, więc wypił tylko dwa małe łyki. Jego drewniana buda stała niżej, za pasieką. Zwykle szedł tam trzy minuty. Teraz odwrócił się plecami do stoku i zaczął zsuwać się na lewej nodze oraz obu rękach. Pszczoły leciały za nim. Czuły zapach miodu na jego kurtce. Marek nie machał rękami, choć jedna weszła mu pod kołnierz. — Nie teraz — mruknął. — Macie cały las, dajcie mi ten kawałek. Po dwudziestu metrach dłonie miał pełne błota. Po czterdziestu lewa noga drżała. Marek zatrzymał się przy pniu i spojrzał na zegarek. Minęło jedenaście minut. Z kieszeni wyjął podkurzacz. W środku zostało trochę ciepłego popiołu i jeden czerwony punkt. Dodał suchą korę schowaną pod pokrywą, dmuchnął i zobaczył cienki dym. — Ogień żyje — powiedział. — Ja też. Nie niósł podkurzacza w ręce. Przywiązał go do pasa, aby mieć wolne dłonie. Potem ruszył dalej, wolniej, ale bez przerwy. Przed budą musiał przejść przez rów z zimną wodą. Nie mógł skoczyć. Położył nad rowem deskę, którą trzymał tam do wożenia uli, i przesunął się po niej jak ciężki worek. Deska jęknęła, lecz wytrzymała. Drzwi budy były zamknięte na haczyk. Marek sięgnął kijem, podniósł haczyk i wpadł do środka na ramieniu. Zostało trzydzieści dwie minuty światła. W metalowym piecyku ułożył korę, stare gazety i cienkie szczapy. Czerwony punkt z podkurzacza zgasł, kiedy wysypał popiół. — Jeszcze raz — powiedział cicho. Znalazł w szufladzie zapałki owinięte w worek. Pierwsza pękła. Druga zapaliła korę, a po chwili ogień objął szczapy. Marek napełnił kubek wodą z zamkniętego baniaka. Pił powoli, oparty o ścianę, aż drżenie lewej nogi ustało. Potem dołożył drewna, zamknął drzwi i położył telefon wysoko przy małym oknie. Jedna kreska zasięgu pojawiła się i zniknęła. Marek napisał wiadomość z nazwą doliny i numerem swojej pasieki, lecz telefon jej nie wysłał. — Spróbujesz rano — powiedział, wsuwając telefon pod kurtkę. Za ścianą pszczoły wracały do uli, a deszcz uderzył w dach. Marek podciągnął bliżej baniak, drewno i nóż, po czym dołożył do piecyka ostatnią grubą szczapę.